Można czarować słowami i opowieściami

2015-08-14 14:22:15 (ost. akt: 2015-08-14 14:46:19)
Urszula Witkowska uważa, że  snucie opowieści to coś magicznego, wierzy, że można zaczarować słowem

Urszula Witkowska uważa, że snucie opowieści to coś magicznego, wierzy, że można zaczarować słowem

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

Z Urszulą Witkowską, miłośniczką książek oraz autorką książki "Czytuś odkrywa tajemnice. Skąd się biorą książki?" rozmawiamy o kulturze czytania. "Gazeta Olsztyńska" rok 2015 ogłosiła rokiem kultury.

— Jak to jest u nas z kulturą? Potrzebuje wsparcia?
— Tak! W każdym człowieku, wewnętrznie. To znaczy, że rodzi się w ludziach i to właśnie my musimy o nią dbać. Jeśli chodzi o same wydarzenia kulturalne w Olsztynie, w mojej ocenie, dzieje się bardzo dużo. Głosy ludzi, którzy mówią, że „nic się nie dzieje”, budzą we mnie bunt i przychodzi mi na myśl odpowiedź: więc pomyśl, jak chcesz, by to wyglądało i rusz się!

— W jaki sposób?
— To proste. Chcesz się wybrać na spotkanie autorskie ze znanym pisarzem? Zasugeruj w swojej bibliotece, że o takim spotkaniu autorskim marzysz. Może napisz do pisarza, może spytaj, czy jest szansa i jakie warunki trzeba spełnić, by się udało? Chcesz fajny koncert? Spróbuj go zorganizować. Możesz zarazić swoją ideą innych, pozyskać środki albo przychylność instytucji, które działają w danym zakresie. Powiedziałam, że to proste, ale to nie znaczy, że łatwe. Przecież samym narzekaniem nic nie zmienimy. Inna sprawa, że może wcale nie mamy ambicji na twórców kultury, a chcemy po prostu być jej konsumentami. I to też w mojej ocenie jest jak najbardziej w porządku. Przecież nawet najlepszy spektakl, by wybrzmiał, potrzebuje widzów. Uczestniczenie w kulturze, to przecież też jest jej współtworzenie.

— Pani z kolei, jako osoba prowadząca spotkania autorskie, ma na swoim koncie sporo różnych inicjatyw, zaproszeń pisarzy. Jak zaczęła się pani ta przygoda?
— Pracowałam w księgarni, która jest nastawiona na tworzenie kultury czytania i oprócz książek oferowała atrakcje czytelnicze. Był taki moment, że trzeba było zrobić spotkanie autorskie, ale… nie było prowadzącego. I w tym właśnie momencie musiałam stanąć na wysokości zadania (śmiech) i z organizatorki wejść w nową rolę. Pomyślałam sobie, dlaczego nie? W końcu kultura słowa zawsze była mi bliska. Kocham książki i uwielbiam o nich rozmawiać.

— Jakim zainteresowaniem cieszą się takie spotkania?
— Frekwencja zależy od wielu czynników. Z jednej strony jest to oczywiście popularność danego autora, to, jakie robi wrażenie oraz popularność danej książki, ale też na przykład pogoda czy fakt, że w tym samym czasie jest gdzieś w mieście inne ciekawe wydarzenie. Poza tym, mam wrażenie, że żyjemy w dobie tak prowadzonego marketingu, który przyzwyczaił nas do stylu: chcę mieć! Natychmiast! Natomiast jeśli chodzi o literaturę, to nie do końca tak działa.

— Zapewne podczas takich spotkań zdarzają się różne wpadki…
— Oj, tak! (śmiech) Zdarzyło się np. że przed spotkaniem zachorował prowadzący. Dowiedziałam się o tym na kilka godzin przed wieczorem autorskim na ok. 150 osób! Mieliśmy rozmawiać o książce autobiograficznej, której wcześniej nie czytałam. Miałam dwie godziny na przygotowanie, ale udało się! Zdarzyło mi się wiele wpadek, ale na wszystkie mam jeden sposób — spontaniczność i opanowanie. Często to tylko ja wiem, zauważam, że powiedziałam coś, co wydaje mi się ogromną wpadką, a dla uczestników spotkania to był moment, którego nawet nie zauważyli, bo roześmiałam się lub zareagowałam inaczej.

— A zdarza się, że publiczność powoduje tzw. trudne sytuacje?
— Zawsze się tego obawiam, ale takich nie było, za to zdarzały się zabawne! Pamiętam jedną przesympatyczną scenę na spotkaniu z Iloną Felicjańską dotyczącym „Wszystkich odcieni czerni”. Rozmawiałyśmy o języku w odniesieniu do erotyki w literaturze, sama musiała ubrać w słowa odważne i intymne sytuacje. Odpowiedziała, że było trudno, bo słowa w naszym języku, które dotyczą tych tematów, są wulgarne albo banalne, medyczne i odstręczające. I wtedy pewna pani, która, choć swoje lata już ma, to wciąż tryska wigorem, wzięła mikrofon dla publiczności i stwierdziła: „Pani Ilonko, bardzo podoba mi się, co pani mówi. Ja też mam znajomego w moim wieku, a może i starszego, który powiedział kiedyś, że jego ukochana ma najpiękniejszą broszkę na świecie. I co, można powiedzieć broszka, a nie piz...? Można!”. Cała sala zamilkła. Ja też. A potem po prostu wszyscy zaczęliśmy się głośno śmiać.

— Kto zaszczepił w tobie miłość do książek i czytania?
— To pytanie jest trudne, ponieważ osoba, która zaczepiła we mnie tę pasję, niedawno zmarła. To był mój sąsiad, przybrany dziadek, Mieczysław Kulęgowski, artysta i historyk, z którym mieszkaliśmy dosłownie „podwórko w podwórko” w mojej rodzinnej wiosce, w Maldaninie. Myślę, że jest to postać ważna nie tylko dla mnie, ale także dla miejsca, z którego pochodzę. Podjął się wielu inicjatyw, założył m.in. Muzeum Ziemi Piskiej. Podsuwał mi różne książki, czytał mi pierwsze wiersze, opowiadał o wierzeniach z naszych terenów, zachęcał do pisania i zawsze we mnie wierzył. To był ktoś wyjątkowy, kto zawsze będzie w moim sercu.

— Twoja miłość do książek zaowocowała także własną publikacją, a mianowicie książką „Czytuś odkrywa tajemnice. Skąd się biorą książki?”. Jednak nie jesteś jej jedyną autorką.
— Współautorką jest moja bratanica. Wydawało mi się, że pierwszą w życiu książeczkę dla dzieci powinnam napisać przy nieocenionym wsparciu małej artystki. W końcu ktoś musiał mnie pilnować i podsuwać nieograniczone dorosłością pomysły (śmiech). Tak więc Iwonka sprawdzała, czy na pewno rozumie tekst, metafory, oceniała, czy to, co wymyśliłyśmy, jest interesujące i nie znudzi. Dotychczas pisałam wyłącznie dla dorosłego czytelnika. Napisanie książki dla dzieci było dla mnie wyzwaniem, dlatego zależało mi, by to dzieci najpierw ją oceniły. Pierwszym recenzentem książeczki jeszcze przed publikacją był 7-letni Marcel Masiewicz, syn mojej koleżanki z biura, redaktorki książeczki.

— A jak jest według ciebie z czytelnictwem wśród dzieci?
— Z tego, co widzę pracując w bibliotece, a wcześniej w księgarni, najmłodsi bardzo garną się do książek, w ogóle do opowieści. Bo snucie opowieści to coś magicznego, naprawdę wierzę, że można zaczarować słowem. Jeśli zaś chodzi o promowanie czytelnictwa wśród dzieci, sądzę, że poza szkołą, bibliotekami i różnymi instytucjami, ważną role odgrywają rodzice. Rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie powinni przekazywać od najmłodszych lat kulturę czytania.

— "Gazeta Olsztyńska” ogłosiła rok 2015 rokiem kultury na Warmii i Mazurach. Co o tym sądzisz?
— Uważam, że inicjatywy, które mówią o kulturze oraz o ludziach, którzy ją tworzą, są z założenia potrzebne. Jeśli jest możliwość, aby promować kulturę w ten sposób, to świetnie.

ez



Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB