Niecodzienna olsztyńska akcja. Powstała szalona opowieść

2013-06-24 16:00:01 (ost. akt: 2013-06-24 16:12:42)
Niecodzienna olsztyńska akcja. Powstała szalona opowieść

Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu.

Autor zdjęcia: sxc.hu

Kilkadziesiąt komentarzy i tyle samo przeróżnych cytatów z książek. Wydawałoby się, że ze zestawienia krótkich fragmentów może wyjść tylko chaos. Mimo to, powstała szalona olsztyńska opowieść.

Opowiadanie zostało opublikowane na blogu Księgarnia Zapomnianych Książek. Urszula Witkowska zebrała wszystkie cytaty, które olsztyniacy zostawili na facebooku i na ich podstawie napisała opowiadanie.

Wydawałoby się, że z takiego zestawienia może wyjść jedynie chaotyczna historia, ale opowiadanie, które powstało to ciekawa, intrygująca opowieść. Trochę szalona, ale na pewno interesująca.

Przeczytajcie fragment opowiadania. Całość znajdziecie na blogu Księgarnia Zapomnianych Książek.

Pełno ich było w tym niby-miasteczku. Na pierwszy rzut oka może aż tak nie straszyły, ale wystarczyło spędzić tam o chwilę za długo, by przekonać się, jak wiele ich chowało się po kątach. Okazało się, że mogłem się przekonać co do jednego, ilu ich zasiedlało miasteczko, bo każdy nowy osadnik trafiał do rejestru zobowiązań.

Dziwo-stwory, tak na nie mówiłem. Chociaż… Nie ma w nich nic nadzwyczajnego i mogłyby nawet rozśmieszać, gdyby wyobraźnia moja nie przypisywała im szczególniejszego znaczenia ze względu na to, iż pozostają w związku z czasem i miejscowością, gdzie po raz pierwszy doznałem niedocieczonej kaźni Przeznaczenia, które później tak straszliwie roztoczyć miało nade mną swe cienie.

A jeśli chodzi o niego, o szefa, to znaczy Abdula … cóż, on rzeczywiście nawet teraz bywa tam rzadko, dawno temu, przed rokiem, może więcej, za pierwszym pobytem mieszkał w hotelu. Szkopuł w tym, że nie wiadomo, w którym hotelu i kiedy dokładnie... Ale ja wiem, że właśnie wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy i to spotkanie miało zaważyć na całym moim życiu.

Byłem tam wciąż obcy. Pasowało mi to, wcale nie miałem ochoty być swój w tym konkretnym miasteczku. Po prostu musiałem odrobić swoje, wytrwać tam rok, dwa, może pięć lat – nie byłem pewien - i nigdy więcej nie wracać. Przyjechałem jakiś tydzień wcześniej rozklekotanym autobusem, mieszkałem na obrzeżach w starym domu i każdego dnia miałem coraz bardziej dość. To był (tak dla odmiany) piękny, zajebisty, sierpniowy poranek – tak właśnie myślałem tamtego dnia. I to był pierwszy błąd, ów przejaw optymizmu. Trzeba było tkwić w szarości i marazmie.

Poszedłem na śniadanie do baru w centrum – o ile w ogóle można powiedzieć, że to miasteczko miało jakieś centrum. Wszedłem do dusznego pomieszczenia i zająłem swój stolik. Aż ugryzłem się w język, kiedy zdałem sobie sprawę, że tak właśnie pomyślałem – mój stolik.

Sala była w połowie pełna. Obserwowałem ich zza kotary. Przysłaniała mój stolik na tyle, by inni goście nie dostrzegli mojej obecności, ale też tak sprytnie, że ja – siedząc w cieniu Sali – mogłem widzieć wyraźnie, co też dzieje się w jej najdalszych kątach. A widok, muszę przyznać, był przedni. Istna galeria osobliwości malowała się przed moimi oczyma. Moją uwagę przykuwał pewien młody mężczyzna.

Do stóp gołowąsego młodzieńca, ubranego w rzymską tunikę i w sznurowane sandały, tuliło się sześć owieczek, a nad jego głową, ozdobioną wieńcem, pływało siedem ryb. Tak właśnie było. I sam już nie wiedziałem, czy do lury zwanej w tej knajpie kawą czegoś mi dosypano, czy może moje zmęczone oczy płatają mi aż tak wielkie figle…

Gdyby jednak ktoś mnie w tamtej chwili zapytał, dałbym sobie rękę uciąć, że to właśnie widziałem. Cóż… Takie przekonanie staje się, rzecz jasna, samospełniającą się przepowiednią. Nie była to szczęśliwa myśl w tamtej chwili, gdyż jak na życzenie pojawił się przede mną dziwny człowieczek i spytał, ze wzrokiem wbitym w owego młodzieńca, co widzę patrząc na niego. Spojrzałem z przerażeniem, bo naszła mnie myśl, że może zamiast w skrytości swojej głowy, ów monolog na temat odcięcia ręki i pewności, prowadziłem jednak półszeptem. A w zaistniałych okolicznościach, wolałbym dłoni jednak nie tracić. Jego małe, wilgotne usta rozszerzyły się w uśmiechu. – Jakby czytał w moich myślach – zadźwięczało mi w głowie. Abdul (bo takim imieniem się przedstawił) zamknął drzwiczki paleniska tuż obok stolika i dosiadł się bez przyzwolenia z mojej strony.

Przeciągły jęk strachu wydobył się z moich ust - mimowolna reakcja na coś, czego mój umysł nie był w stanie pojąć. Nie bardzo wiedziałem, jak mam się do niego odnosić, ale dla bezpieczeństwa postanowiłem za wiele nie mówić i nie myśleć. Ot tak, na wszelki wypadek. Z czasem poczułem się swobodniej. Być może za sprawą kolejnego kufla piwa. Już nie zwracałem uwagi na następne dziwo-stwory, które zajmowały nieliczne już wolne stoliki.

Abdul od początku rozmowy bawił się czymś, co skrzętnie ukrywał w dłoniach. Próbowałem dostrzec, co to jest, ale za każdym razem, kiedy już, już miało mi się udać, on wykonywał szybki ruch palcami, i przedmiot znikał. W końcu nie wytrzymałem:
- Co to jest? – wskazałem lekkim ruchem głowy na jego dłonie.
Milczał chwilę, zdaje się ważył, czy powinien mi odpowiedzieć. A może po prostu czytał w moich myślach… kto wie. W końcu jednak podjął decyzję. Wyciągnął w moja stronę dłoń i powiedział: - Aplikuje się je pacjentom dotkniętym ciężką depresją, podając znieczulenie ogólne i środek rozluźniający napięcie mięśniowe, który jest szybko usuwany z organizmu. Mam zawsze zapas.

– Depresja – powtórzyłem mimo woli, być może nawet szeptem. Nie było sensu ukrywać, przecież właśnie dlatego siedziałem przy tym brudnym stoliku, w tym miejscu, o którym nikt poza dziwo-stworami nie pamięta…

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB