Czekam na odpowiednie światło. Rozmowa z fotografką

2014-10-05 17:00:00 (ost. akt: 2014-10-05 15:02:25)

— Chcę przedstawić Warmię i Mazury na swój sposób. Landszafty niech robią inni. Ja poszukuję miejsc jeszcze nieodkrytych — mówi Magdalena Szurek, fotografka, z zawodu geodetka. Jej ulubioną porą roku jest jesień.

Pierwszą wystawę miała w Grunwaldzie z okazji 600. rocznicy bitwy. Ale nie fotografowała rycerzy na polu walki w zbrojach, tylko w cywilu, w obozie, zupełnie wyluzowanych. I to inne spojrzenie się spodobało.

Pierwszą wystawę miała w Grunwaldzie z okazji 600. rocznicy bitwy. Ale nie fotografowała rycerzy na polu walki w zbrojach, tylko w cywilu, w obozie, zupełnie wyluzowanych. I to inne spojrzenie się spodobało.

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

— Jest pani zawodową fotografką? Pytam, bo pani zdjęcia są naprawdę niezwykłe.
— Nie. Z wykształcenia jestem geodetką i pracuję w zawodzie w Urzędzie Miasta w Olsztynie. Pochodzę z Przemyśla, ale mam rodzinę w Olsztynie i tutaj studiowałam. Na moich zdjęciach chcę pokazać Warmię i Mazury na swój własny sposób. Landszafty niech robią inni. Mnie interesują miejsca nieodkryte, a przynajmniej niewyeksploatowane fotograficznie, opuszczone. Stąd na moich fotografiach jest na przykład śluza z kanału Mazurskiego. A takich miejsc jest bardzo dużo.

— Na przykład?
— Stara parowozownia w Olsztynie, gdzie można wejść tylko po znajomości. Jest tam zresztą z powodu zniszczeń niebezpiecznie. Takimi miejscami są stare pałace pruskiej arystokracji. Większość z nich, nawet jeśli stały się własnością prywatną, niszczeje. We wnętrzu pałacu w Gładyszach widziałam pasące się krowy. Było ich ze 30. Dobrym miejscem jest też opuszczona fabryka płyt wiórowo-pilśniowych w Rucianem-Nidzie. Moim przewodnikiem po regionie jest Grzegorz Pepłowski, chodząca encyklopedia Warmii i Mazur. Podpowiada mi różne pomysły. Jest też moim modelem.

— No właśnie. Fotografuje pani ludzi w pięknych okolicznościach przyrody, często przebranych.
— Nie od razu tak było. Interesował mnie krajobraz, ale wydał mi się w końcu zbyt pusty. Na początku modelami byli moi przyjaciele, potem ten krąg się rozszerzył. Poznałam Grzegorza, potem Martę Andrzejczyk, którą zobaczyłam w spektaklu "Baby pruskie".

— To Marta jest na zdjęciu w czerwonej szacie, prawda?
— Tak. Marta jest bardzo dobrą modelka, ponieważ wykorzystuje swoje umiejętności aktorskie i jest niezwykle fotogeniczna. Kobiety, poza Martą, fotografuje się trudniej niż mężczyzn.

— No tak, Marta zawsze wygląda dobrze. A inne?
— Inne mówią, żeby fotografować je z prawego, a nie lewego profilu, domagają się, żeby nie pokazywać wystającego brzucha i tak dalej. A mężczyźni nie przywiązują wagi do tego, jaka wyglądają na zdjęciach, czy wyszli szczupło, czy widać, że są tężsi. I zawsze świetnie się bawią. Ostatnio robiliśmy w lesie sesję pod hasłem "krasnoludki". Modele przebrali się w odpowiednie stroje, a grzybiarze, którzy nas widzieli, mówili: — O, film kręcą! Gdy robię zdjęcia, często słyszę takie komentarze.


— Skąd pani bierze kostiumy? Niektóre, jak ta czerwona suknia Marty, są wspaniale teatralne.
— Ale to jest kostium "kombinowany" z różnych części, spiętych ze sobą. Czerwona tkanina pozostała po mojej przyjaciółce Amelli. Gdy umarła, jej chłopak oddał mi jej sukienki. I dzięki temu Amellia będzie żyła na fotografiach. Ja gromadzę różne ciekawe rekwizyty, żeby je potem wykorzystać. Na plan noszę ze sobą torbę z nożyczkami, agrafkami i taśmą klejącą, bo to nie są klasyczne kostiumy.

— Lubi pani jesień?
— O tak, to moja ulubiona pora roku. Nigdy poza październikiem nie ma nad Polską tak niebieskiego nieba i tylu kolorów. Są też mgły, które uwielbiam. Kiedyś byłam we Włoszech i jedna ze znajomych zawołała mnie, żeby pokazać coś niezwykłego. — Patrz — powiedziała. — Mgła. Czy w Polsce też macie mgłę? Na szczęście mamy.

— Gdzie pokazywała pani swoje zdjęcia?
— Pierwszą wystawę miałam w Grunwaldzie z okazji 600. rocznicy bitwy. Ale ja nie fotografowałam rycerzy na polu walki w zbrojach, tylko w cywilu, w obozie, zupełnie wyluzowanych. I to inne spojrzenie się spodobało. W ubiegłym roku pokazywałam swoje zdjęcia, ale już z modelami, w Barczewie. I miałam wystawę pod olsztyńskim ratuszem. Podsłuchałam rozmowę dwóch chłopaków, którzy zastanawiali się, czy to są prawdziwe zdjęcia.

— A są prawdziwe?
— Jak najbardziej. Ja po prostu czekam na odpowiednie światło i wykorzystuję możliwości, jakie dają ustawienia manualne w aparacie cyfrowym. Większość ludzi nie umie z nich korzystać, a one zastępują fotoszop.

— Bardzo wiele osób fotografuje albo chce zająć się fotografią. Co by im pani poradziła? Żeby kupili dobry aparat?
— Nie, od tego się nie zaczyna. Niech zaczną od fotografowania telefonem tego, co ich interesuje, niech pobawią się aplikacjami i przekonają, czy naprawdę chcą robić zdjęcia. Ja używam telefonu jako fotograficznego szkicownika.

MZG

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB